Rozmyślania | $25 do wydania w Sephorze...

Thursday, December 3, 2015

... siedzi w mojej skrzynce i nijak wiem, co z nimi począć. Z jednej strony - radocha na maksa i jak miło ze strony tej międzynarodowej korporacji, że tak hojnie obdarza swoich wiernych klientów (jeszcze nie wiedzą, że niebawem odbiorą mi ten status - w 2015 wydałam u nich niecałe $200), z drugiej - przeczesałam pół sklepu wzdłuż i wszerz tylko po to, żeby dojść do wniosku, że ktoś bardzo sprytnie kradnie mi tutaj czas (aka sama go marnotrawię, ale zawsze fajniej zwalić na innych) i że ja się tak nie bawię. Zamknęłam okno, poszłam do garów i od tamtej pory czuję wewnętrzny konflikt, który spontanicznie postanowiłam sobie tutaj rozpracować.

You're welcome, Sephora!


Żyję w jednym z wielu krajów (Wy zresztą też), w którym króluje konsumpcjonizm. W którym każde święto - bez względu na rodzaj - to okazja do "niepowtarzalnych wyprzedaży" i "zniżek". Krwawa walka o portfele trwa nieustannie - w tym roku nawet "black Friday*" zaczął się w wielu sklepach w Thursday wieczorem, czyli dokładnie wtedy, kiedy gawiedź zamiast stać na kasach (tudzież w kolejkach do takowych), powinna siedzieć w domach z rodzinami i przyjaciółmi, aktywnie doceniając obecny stan posiadania. I niby nie ma problemu, bo kto nie chce, ten nigdzie nie pójdzie (kwestię pracowników pomijam, gdyż wielu z nich ma po prostu - nie przebierając w słowach - przesrane), ale sam akt zaburzania rytmu/tradycji panujących od pokoleń w imię chciwości, napawa mnie głębokim smutkiem. Co więcej sam czarny piątek na tle wszechobecnych w ciągu roku wyprzedaży i promocji wypada raczej blado i - moim skromnym zdaniem - jedzie głównie na reputacji sprzed lat.      

W przeciągu ostatniego roku zrobiłam w moim calusieńkim dobytku - w tym również kosmetycznym - czystkę w trzech aktach. Przeprowadzka z Las Vegas do Nowego Jorku (o której będzie Wam niebawem dane poczytać nieco więcej) uświadomiła mi dogłębniej niż jakiekolwiek youtubowe vlogi motywacyjno-rozwojowe, że minimalizm oznacza WOLNOŚĆ. Po prostu. A ja lubię to uczucie. Dlatego ostatnimi czasy zanim cokolwiek kupię, zastanawiam się paręnaście razy, czy aby na pewno jest mi to potrzebne. Wizualizuję, jak często i w jakich sytuacjach tego "cokolwieka" używam. Analizuję, czy mam już w swoim posiadaniu coś, co może ten potencjalny zakup zastąpić, czyniąc go całkowicie zbędnym. I w 95% przypadków okazuje się, że tak.

I tak też spędziłam dobre 15 minut na sephora.com tylko po to, żeby dojść do wniosku, że ja to wszystko już mam. Podkłady, szminki, korektory, złuszczacze, nawilżacze, akcesoria... te, które zachowałam, sprawdzają się super i starczą mi na długie miesiące, więc po kij mi nowe. Jedyne, za czym niebawem będę tęsknić to ajlajner marki Tom Ford (najlepszy na świecie), ale tego akurat w Sephorze nie uświadczę. I niby nie byłoby problemu, gdyby nie fakt, że mam wrażenie, iż nie wykorzystując tego kuponu na $25, wyrzucam do kosza pieniądze, co z kolei budzi we mnie delikatne poczucie winy (i sprawia, że siadam do kompa i produkuję post na cztery paragrafy). Mówiąc krótko - dałam/daję się nabrać na jedno z podstawowych zagrań marketingowych. I co więcej, pewnie polegnę. Zbliżają się święta - kupię komuś prezent. Ha!

Sephora : Marta - 1 : 0




* Tzw. czarny piątek to teoretycznie dzień największych wyprzedaży i zakupów, który co roku przypada tuż po Święcie Dziękczynienia (czyli jednym z bodajże dwóch amerykańskich świąt - obok Bożego Narodzenia - podczas którego większości społeczeństwa ustawowo przysługuje dzień wolny od pracy).

Post a Comment